W stronę Sahary Zachodniej [relacja]

Agadir –Sahara Zachodnia 29.03-05.04

29.03- Agadir – Tafraoute – MIrleft (315km)

Po kilkudniowym wypoczynku w Agadir wybrałam się na niedzielną przejażdżkę w góry, w okolice Tafraoute. Widoki zapierały dech w piersciach, co chwile zatrzymałam się i robiłam kilka zdjęć, żeby mieć jakąs pamiątkę. Niestety w połowie drogi okazało się, że trasa jest w przebudowie, dlatego zmuszona byłam wybrać szutrowe, loklane dróżki. Dzieki nim udało mi się dotrzeć do małych wiosek usytuowanych na górskich wzniesieniach, jednak jazda była bardzo uciążliwa. Na szczęście droga były prawie pusta, tylko chwilami ogarniała mnie chmura kurzu wydobywająca się spod przejeżdzających obok samochodów. Po kilku godzinach jazdy, na drugim i trzecim biegu, dotarłam do Tiznit i stamąd zostało tylko 20 km do wybrzeża. Ponieważ wyjechałam z Agadir późno, na camping w Mirleft dotarłam już wieczore, a całą trasę towarzysyła mi mgła. Było zimno i wilgotno, jednak opcja spania w namiocie była najtańsza. Zapłaciłam 50DH, spisałam dane z paszportu i zaczęłam zrzucać bagaże z motoru. Właściciel campingu był pod wrażeniem mojej samotnej podróży, dlatego dał mi do ręki klucze i powiedział, że zamiast spania w namiocie mam skorzystać z bungalow, bo przecież i tak stoi puste. Tym sposobem miałam super ciepły nocleg z gorącym prysznicem i możliwością zrobienia małego prania. A moto stało spokojnie tuż przy moich drzwiach.

IMG_1766

30.03 Mirleft – Tarfaya (433km)

Poranna, gęsta mgła towarzyszyła mi podczas przejazdu z Mirleft do Guelmim – jakieś 50km. Widoczność może na met. Trzymałam się ciężarówki, dzięki której mogłam przewidzieć, co znajduje się przede mną. Droga była wąska i kręta więc patent ten bardzo się sprawdził. Szkoda tylko, że nie dane mi było zobaczyć wybrzeża, a zapowiadało się tak pięknie.W Guelmim nie zrobiłam nawet przerwy, bo trochę zgubilam się w mieście (mój GPS nie działał w Maroko, a aplikację w telefonie sprawdzałam tylko co jakiś czas). Pokręciłam się trochę po ulicach, a potem ruszylam w stronę Tan Tan. W mieście krótka przerwa na obiad i dalej w drogę aż do Tarfaya. Okropny upał, gryzące muchy i panowie na migi proszący o numer telefonu (zawsze się zastanawiałam, po co im mój numer telefonu skoro ja nie znam francuskiego a oni angielskiego?) przekonały mnie, żeby szybko ruszać dalej. Za Tan Tan zaczęła się już Sahara Zachodnia, a z nią tanie ceny benzyny (0.70 DH – 70 centów). Początkowo nie wiedziałam, o co chodzi z ciagłymi kontrolami Żandarmerii i Policji przy wjazdach i wyjazdach z miast. Szybko jednak zorientowałam się, że obawy Marokańskich służb związane są z politycznym problemem przejazdu do Mauretanii i konfliktu między Marokiem a Saharą Zachodnią. Cierpliwie odpowiadałam na serię pytań, a każdy postój zajmował mi około 10-15 minut. Wieczorem po kilku godzinach jazdy w silnym wietrze, który niemiłosiernie mroził mi ręce, dotarłam na capming przed Tarfaya. Ku mojemu zdziwieniu prowadził go Włoch, który ożenił się z dziewczyną z Maroka. Dostali oni ziemię od marokańskiego rządu na Saharze i teraz spokojnie tam żyją.

IMG_1813
Witamy na pustyni!

31.03 Tarfaya – Boujdour (280km)

Kolejny dzień za Saharze. Rano zebrałam swoje rzeczy, wytrzepałam namiot z piachu i zaczęłam szykować się do drogi. Wczoraj wieczorem brałam zimny prysznic w słonej wodzie, w dodatku ze względu na mocny wiatr miałam piach we włosach i ubraniach. Cały czas towarzyszyło mi uczucie dyskomfortu. Rano zastanawiałam się jeszcze czy ruszać, bo pogada była średnia. Porozmawiałam chwilę z właścicielem campingu na temat prognozy pogody na najbliższe dni. Wszystko miało się poprawiać, przejaśnić i sprzyjać mojej podróży. Jeszcze półgodzinny postój na śniadanie w Tarfaya, bo camping znajdował się kilka kilometrów przed miasteczkiem, i można ruszać. Zjadłam gigantyczne i pyszne śniadanie– omlet, świeże pieczywo, czarne oliwki, kawa z mlekiem, topiony ser i świeżo tłoczona oliwa z oliwek. Miasteczko wyglądało na bardzo zaniedbane i całkiem opustoszałe, a droga wyjazdowa była prawie całkowicie zasypana naniesionym z Sahary piaskiem. W Polsce mamy problem z odśnieżaniem śniego, a oni z sypkim i dorbnym pustynnym piaskiem. Pierwszą kontrolę przeszłam zaraz za miastem. Rozmawiałam ze strażnikami, którzy oczywiście dziwili się, dlateczego podróżuje samam i czy aby na pewno nie ruszam do Mauretanii. Wiatr w kierunku północnym nie pozwolił rozwinąć mi prędkości większej niż 100km/h, czasami kładłam się na tankbagu i zmniejszając opór powietrza zyskiwałam dodatkowe 5km. Co jakiś czas mijały mnie ciężarówki, które brutalnie spychały mnie powiewem powietrza na bok. Jednk sama droga była prosta i nie sprawiła mniewiększych problemów. Co dwie godziny robiłam krótkie  przerwy na rozprostowanie nóg i trochę się rozgrzewałam, bo jednak przez ten cholerny wiatr było mi całkiem chłodno. Największym problemem było znalezienie miejsca na siku, bo na pustyni wszytsko płaskie, a co chwilę przejeżdza jakaś ciężarówka. Czaiłam się za jakimiś krzaczkami, które i tak niewiele pozwoliły mi ukryć. Po całym dniu dotarłam na camping w Boujdour i tam już po ciemku rozbiłam swój namiot. Fajnie było pogadać z ludźmi po prawie całym dniu milczenia. Z właścicielem campingu wymienilismy się naszymi doświadczeniami z życia w Hiszpanii, a z włoską parą emerytów żyjących w podróży i swoim camperze, przegadaliśmy najlepsze miejsca w Maroko. Polecili mi kilka miejsc i razem obejrzeliśmy jeszcze moją Yamahę, bo włosi okazali się motocyklowymi pasjonatami. Wreszcie udało się wziąć gorący pryznic, to było cudowne uczucie! Całkiem chłoda noc zmusiła mnie do spania w bieliźnie termicznej, wełnianym swetrze i spodniach. Cały czas korzystam też z dwóch zabranych ze sobą śpiworów.  Noce na pustyni były jednak zimne, a wiatr wali w tropik mojego namiotu tak głośno, że nie mogłam usnąć. Nastepny dzień też miałam spędzić na Saharze.

IMG_2013
Zaśmiecone wybrzeże to niestety standard

IMG_2002 IMG_1947

01.04 Boujdour – Dakhla (345km)

Po chłodnej nocy nie bardzo chciało mi się wychodzić z nagrzanego od wczesnego słońca namiotu. Jednak ilość kilometrów do przejechania, zmusiły mnie do całkiem szybkiego spakowania się i ruszenia w poszukiwaniu śniadania.  Po krótkim spacerze wybrałam pierwszą lepszą kawiarnie, gdzie za omlet i miętowa marokańską herbatę zapłaciłam tylko 1 euro. Jeszcze tylko zatankowałam i ruszyłam w stronę Dakhli. Pogoda dopisywała, zrobiło się cieplej i mniej wietrznie. Choć zbliżając się do miejsca skąd widać było ocean, czułam jego zimną obecność. Tego dnia miałam też najlepsze spalnie w historii mojej podróży, bo 150km przejechałam tylko na 3 litrach benzyny. Tankowanie na Saharze sprawiało mi zawsze dużą przyjemność, bo tak tanią benzynę to aż miło zalać! Litr kosztuje tam tylko 0.70 centów, czyli ok 3zł. Po drodze udało mi się zjechać na jakąś całkiem przyzwoita drogę, z której miałam widok na piekne klify i wybrzeże. Niestety droga była zasypana piastkiem więc musiałam się cofnąć.  Kilkadziesiąt kilometrów dalej mogłam też zobaczyć połowy lokalnych rybaków, którzy na mój widok zaczeli energicznie machać na pozdrawienie. Ruszyłam dalej, bo jednak nie miałam tak dużo czasu. Chciałam dotrzeć do Dakhli przed zmrokiem. Po drodze spotkałam grupę samotnie wędrujących wielbłądów i  znów zatrzymałam się na serię zdjęć. Kilak godzin później wjechałam już do Dakhli. Sam wjazd jest fascynujący, bo miasto położone jest na półwyspie. Najpierw przejeżdża się przez wzniesienia, potem przez płaską pustynię, a zza kolejnych wznieiseń pojawia się zataoka ozdobiona setkami latawców. Jest to jednao z najepszych miejsc do uprawiania sportów wodnych, w szczegolności kitesurfingu. Nie mogłam napatrzeć się na ten wodny spektakl, ale czekała mnie jeszcze jedna kontrola paszportowa i szukanie campingu. Znalazłam miejsce i wjechałam yamahą tuż pod drzwi mojego bungalow. Zrzuciłam wszytskie bagaże i od razu zabrałam się za czyszczenie filtra powietrza, motocykla i łańcucha. Moto było mocno zakurzone i  wszędzie skrzypiał piasek. Mały prysznic dobrze mu zrobił. Chwilę później poznałam swoją sąsiadkę, polską mistrzynię w kitesurfingu – Agnieszkę Grzymską. Była w Dakhli na treningu już tydzień, a wczesniej 5 miesiący spędziła  na Wyspach Zielonego Przylądka. Przez cały dzień nie miałam możliwości na dłuższą wymianę zdań – oprócz tankowania i podawania paszportu przy kolejnych kontrolach, dlatego rozmowa z  nią szybko mnie pochłonęła. Umówiłyśmy się na wspólny spacer po mieście, zrobiłam pranie i tak skończył się dzień, w którym dotarłam do ostatniego punku na mapie mojej podróży po Saharze zachodniej. Teraz czekał mnie tylko powrót dokładnie ta samą trasą, jaką tam przyjechałam. Ale zanim znów ruszyłam, potrzebowałam chcociaż jednego dnia odpoczynku.

IMG_2009

IMG_2006

02.04-03.04 –Dakhla i dzień przerwy

Tego dnia czułam już fizyczne zmęczęnie po ostatnich dniach i ból w pośladkach. Musiałam trochę pochodzić, bo siedząca pozycja trochę już mi się przejada. Ruszyłam z Agnieszką do miasta. Złapałyśmy stopa, zrobimy sobie zdjęcie z podekscytowanymi kierowcami, którzy ewidentnie mieli z tego frajdę i ruszyłyśmy w poszuzkiwaniu wifi. Usiadłyśmy w pierwszej lepszej kawiarnii obleganej tylko i wyłącznie przez panów. Kobiety co jakiś czas przemykały ulicami Dakhli, ale żadna z nich nie przekroczyła progu kawiarnii. Picie kawy i herabaty to męską sprawa. Kobiety nie mają tam wstępu. Zauważyłamam jednak różnicę w sposobie ich ubioru. Nie tylko tu, ale i w poprzednich miasteczkach kobiety nosiły długie do ziemi chusty, którymi zakrywały taże głowę, a czasami nawet twarz. Jednak strój ten nie był czarny, tylko kolorowy, a zmyśle wzory przyominały afrykańskie wpływy.

Wieczorem nadrobiłam w kontaktach z rodziną i znajomymi, zaplanowałam kolejne etapy podróży i rozkoszoałam się kolejną kawą. Potem wyruszyłam wraz z Agnieszką na spacer. Tafiłyśmymy w bardzo brzydkie rejony miasta, widać było wlewające się do oceanu ścieki, dlatego obieb yłyśmy nieco zniesmaczone. Agnieszka trochę bardziej -może jednak nie jest  to najlepsze miejsce do uprawiania sportów wodnych…

Spacerowałyśmy po Dakhli jeszcze trochę, z pobliskej oczyszczalni unosił się nieznośny zapach, dlatego zaciągnęłyśmy koszulki na nosy i ruszyłyśmy w stronę targu. Idąc ulicą ściągałyśmy na siebie zainteresowanie wszystkich mężczyzn. Było upalnie więc maiałyśmy na sobie koszulki z krótkim rękawem. Komentarze i spojrzenia męczyły Agnieszkę, która zdecydowała się taksówką wrócić na camping. Ja zostałam żeby kupić trochę świeżych owoców na targu, jenak też czułam zmęczenie. Spojrzeniami zaczepiali mnie nawet młodzi chłopacy, którzy beszczelnie gapili się na mój biust.Temperatura dochodziła do 30 stopni, ale mimo to założyłam softshell, żeby kontunuować zakupy.  W długim rekawie nie wzbudzałam już tak wielkiego zainteresowania, ale przeszła mi ochota na spacer. Poszłam na pyszny obiad, a potem spacerując wróciłam na camping. Pomyślałam sobie, że gdybym podjechała na targ motocyklem, zapewnie wzbudziłabym podziw i odbiór mnie byłby zupełnie inny. Jednak filtr powietrza suszył się cały dzień więc nie było tomożliwe.  Po powrocie zrobiłam sobie wielką ucztę z melona,bananów, awokado, truskawek i zielonego gorszku. Założyłam czysty już filtr powietrza  i zamontowałam sakwy. Dobrze, że położyłam na motocykl moją karimatę, bo pobliskie koty upodobały sobie spanie na mojej YBR-ce. Karimata była cała poharatana przez kocie pazurki. Na szczescie  żaden nz nich nie narobił mi na motor, tak jak to było w Agadir. Zaczęłam powoli pakować się do drogi. O 22 wyłączali  prąd i gasło światło, dlatego chciałam ze wszytskim zdążyć.  Potem pożegnałam się z Agnieszką i zaczełam czytać o konflikcie na Saharze Zachodniej, który mimo wszytsko wciąż trwa. W końcu uświadomiłam sobie sens tych ciągłych kontrli paszportowych i flagach Maroka powiewających we wszystkich możliwych miejscach. Rząd marokański na każdym kroku podkreśla swoje prawo do zajęcia tego terytorium.

IMG_1914

04.04 Dakhla-Boujdour / 05.04 Boujdour – El Ouatia (473km)

Podróż powrota minęła cąłkiem szybko, choć musze przyznać, że już nużyła mi się jazda jedną i tą samą drogą. Zrobiłam dodatkowe 2 tyś. kilometrów w 4 i pół dnia, co skutkowało niezłym zmęczeniem materiału. Zatrzymałam się w El Ouatia na campingu przy plaży. Towarzyszyły  mi same campery. Zostałam tam całą niedzielę, żeby dać odpocząć ramionom, które zmęczone po zmaganiu się z wiatrami na Saharze nie mały praktycznie siły. Powrót był zimny i ciagle pod wiatr. W El Ouatia było za to ciepło i spokojnie. Niedaleko campingu znalazłam skromny sklepik, a przy nim warsztat. Tamtejszy mechanik, odkąd opowiedziąłam mu o swojej podróży, wciąż mnie pozdrawiał.

Po osttanich doświadczeniach w Dakhli, czułam  się teraz naprawdę inaczej odbierana. Na spokojnie, bez zaczepek. Było przyjemnie, niedzielny klimat – dzieciaki bawiły się na głownym placu, a część z nich stała w kolejce przy budce ze słodyczami. Poszłam na spacer po plaży, a potem na obiad. Kurczak z frytkami i marokańska sałatka w zupełności mi wystarczyły. Potem  kupiłam jeszcze kilka słodkich ciastek, żeby poczestować dzieciaki, które wpatrywały się we mnie trochę zaskoczone moją obecnością w tym miejscu. Rzeczywiście byłam tam jedyną turystką, co zupełni mi nie przeszkadzało, a wręcz czułam się wyjątkowo.

Kończąc moją podróż po Saharze czułam zadowolenie, że udało mi się dojechać Yamahą tak daleko. Miałam okazję podróżować w zupełnie nowych krajobrazach i prawie całkowiecie sama. Z drugiej strony, totalnie prosta droga nie była jakimś szczególnym wyzwaniem. Wyzwaniem było jednak jeżdzenie po 10 godzin dziennie i poznawanie swojej wytrzymalości. To z pewnością pomoże mi w planowaniu kolejnych motocyklowych tras.

IMG_2146

Advertisements

One Comment

Add yours →

  1. I have no idea what does the text say, but the photography is beautiful, Marta, hahaha. Awesome place, I’m definitely going to morocco some day!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: