Tydzień w podróży!

Wczoraj minął dokładnie tydzień odkąd zaczęłam swoją podróż dookoła Maroka. Tydzień oswajania się z marokańskimi drogami oraz przyzwyczajania się do zasad, jakie tu panują. Przez ten czas trochę zmokłam, trochę się przestraszyłam, nawiązałam nowe przyjaźnie, ale też trochę się zestarzałam. Oczywiście ten tydzień minął jak jeden dzień, a ja czuję się silniejsza z doświadczeniem, które już tu zdobyłam.

[Poniedziałek 16 marca]

W poniedziałek 16 marca, późno w nocy zerknęłam na prognozę pogody. Byłam do tego czasu tak zabiegana, że sprawdzenie tego szczegółu wydało mi się najmniej ważne. Trochę zaskoczyl mnie fakt, że cały następny tydzień ma padać, ale co mogłam zrobić? Już i tak musiałam przesunąć wyjazd o trzy dni, co jednak okazało się bardzo pomocne, bo nie wyrobiłabym się z wszystkim wcześniej.

[Wtorek 17 marca]

Kiedy ruszałam z Kadyksu we wtorek rano pogoda była fatalna, cały czas padał deszcz, a wiatr miotał mną na lewo i prawo. Zacisnęłam zęby i wciskałam manetkę gazu, żeby zdążyć na prom z Tarify do Tanger Ville. Do portu dotarłam 20 minut wcześniej i ku mojemu zdziwieniu kupiłam bilet, a po 5 minutach byłam już na promie. Godzinę później wjechałam na przejście graniczne w Maroko. Kilka minut na podbicie papierów, jakaś kasa z bankomatu i ruszyłam. Na miejscu okazało się, że mój hiszpański roaming nie działał, GPS także. Dlatego pokręciłam się trochę w mieście pytając o drogę tu i tam. Oczywiście masakrycznie lało i oswajanie się w tych warunkach z marokańską jazdą nie było łatwe. Na marokańskich drogach, generalnie dominuje przewaga silniejszego, więc trochę mnie spychali z drogi albo wyprzedzali bardzo blisko, przez co kilkakrotnie zrobiło mi się naprawdę gorąco. Musiałam jednak trzymać się planu i przejechać tego dnia jak najwięcej. Zalana i zabłocona droga, momentami w przebudowie, nie dawała mi rozwinąć większej prędkości niż 50 km/h. O zmierzchu dotarłam do hotelu w Larache. Było drogo, ale przynajmniej sucho. Pół nocy zajęło mi suszenie ciuchów i butów. Było też cholernie zimno, ale gorący prysznic trochę pomógł. Jak na złość rozwaliła mi się ładowarka do telefonu. Zaczęłam więc pytać ludzi w hotelu czy mogłabym pożyczyć. Jakaś para zlitowała się nade mną i w ramach powitania w Maroko sprezentowali mi własną ładowarkę. Później w barze dostałam kolację gratis. Tak zaczęła się marokańska gościna i pomoc, której doświadczam praktycznie codziennie.

IMG_0796IMG_0797[Środa 18 marca]

Kolejny dzień, 18 marca spędziłam wdeszczu na trasie do Mohamedia. Po drodze pokręciłam się jeszcze po ulicach Rabatu, ale przez przypadek wbiłam się do slumsów więc dosyć szybko uciekłam z tego miasta. Oczywiście nie było mowy o żadnym turystycznym zwiedzaniu ze względu na pogodę. Wieczorem dotarłam na camping niedaleko Mohamedia. Rozbiłam namiot, wyczyściłam moto i zamówiłam wielki tajin, bo przez cały dzień nic nie jadłam. Marokańskie jedzenie jest po prostu fantastyczne i mimo gigantycznej porcji pochłonęłam go w całości. W tym czasie czatowałam też ze znajomym z Agadir. Simon poinformował mnie, że za chwilę ktoś po mnie przyjedzie, po czym rozmowa się urwała. Jak się później okazało, Simon napisał na forum motocyklowym Casablanki o mojej podróży i o tym, że się ZGUBIŁAM! Nie wiem skąd mu to przyszło do głowy…

Pakuję się do namiotu gotowa żeby iść spać, po czym podjeżdża jakiś samochód. Wysiada z niego kobieta i przedstawia się jako Elie – szefowa Motocyklowego klubu Royal Club. Zaczynamy konweracje na migi i z użyciem google translator. Ja nie mówię po francusku, a ona po angielsku. Elie jest bardzo zdecydowana i nie pozwala sobie odmówić. Czuję lekkie zakłopotanie, bo namiot rozbity, ja padam z nóg po cały dniu i naprawdę nie mam ochoty nigdzie się ruszać. Elie jest jednak nieugieta. Zwijam wszytsko i wrzucam do jej bagażnika, odpalam moto i zaczynam podążać sa światłami jej samochodu. Trochę nie mogę uwierzyć w to co się właśnie dzieje, ale niech los decyduje. Dojeżdżamy do ewidentnie lepszej dzielnicy Mohamedia. Parkuję w jej garażu, a w drzwach czekają na nas jej synowie oraz pomoc domu- przemiła Pani w średnim wieku, która to zaraz przygotowuje nam posiłek. Rozmiawiamy na migi, chłopcy łapią trochę po angielsku, więc jakoś to idzie. Dom jest gigantyczny i wygląda jak jakiś pałacyk. Wymieniamy informację o sobie, opowiadam o swojej podróży, a ona o klubie i pracy. Nawet bez znajomości języków jakoś się dogadujemy. Na drugi dzień z samego rana czeka na mnie znajomy Elie, który zajmuję się motocyklami. Inna znajoma przywozi oponę z Caablanki, którą zamówiłam u ekipy KTM Maroc. Jeden z pracujących tam chłopaków studiował kiedyś w Cadiz, dlatego nawiązałam z nim kontakt jeszcze przed podrożą. Następnych kilka godzin zajęło nam zamontowanie nowej opony, oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Jednak kiedy moto dopieszczone, wyczyszczone i gotowe do dalszej drogi, prezentuje się po prostu pięknie! Wieczorem poszłam na spacer z chłopcami do ich babci, potem rozmawiałam jeszcze z Elie i spakowałam się na dalszą podróży.

IMG_0921IMG_0983[Czwartek 19 marca]

Rano, 19 marca wyruszam z Mohamedia w kierunku Safi. Trasa bez żadnych problemów, choć kilka potężnych dziur i gigantyczny metalowy klocek, na którego prawie najechałam – nieźle mnie straszą. Jadę więc czujniej. Zupełnie nowa droga z El-Jadida do Safi okazała się wspaniała. Klimat trochę szkocko-islandzki i wspaniałe slalomy wzdłuż oceanu. Tak wielkich fal nie widziałam odkąd byłam w Nowej Zelandii, z pewnością mają w okolicach Oualidia świetne warunku do surfownia.

IMG_1337Wieczorem dojeżdżam do Safi i tam zaczyna się moja wspaniała znajomość z Aminą i lokalnymi dziewczynami.

Ponieważ mój telefon dalej nie działał, postanowaiłam zapytać jakieś dziewczyny na ulicy o internet. Oczywiście skończyło się to scenką, bo wszyscy chcieli mi pomóc. W końcu zostałam zaprowadzona do lokalnego ksero, gdzie mogłam skorzystać z neta, a jedna z dziewczyn, Nadia zadzwoniła do mojego hosta z Couch Surfingu – Aminy. Chwilę później jechałam już za taksówką, która prowadziła do jej domu.

Z Aminą spedziłam łącznie trzy dni zamiast dwóch. Był to mój pierwszy host z CS w Maroko i jeden z najlepszych w moim życiu. Tematy do rozmów właściwie się nie kończyły, a dzięki niej poznałam bliżej marokańską kulturę i dotarłam do miejsc, których sama z pewnością bym nie odkryła. Nie miałam też na sobie mojej motocyklowej zbroi, a motor stał w jej mieszkaniu, dlatego miałam spokojną głowę. Te trzy dni upłyneły nam głównie na spacerach i współnych posiłkach. Marokańskie jedzenie za każdym razem mnie zachwyca, jest świeże, organiczne, aromatyczne i tanie! No ale wiedziałam o tym wcześniej więc był to jeden z powodów mojego powrotu do Maroka 😉

IMG_1206W Safi obchodziłam urodziny i wyszła z tego prwadziwa babska impreza w marokańskim stylu. Dziewczyny z ksero – Nadia i jej sąsiadki co niedziele urządzają sobie kobiece schadzki – jest czas na rozmowy, tańce, henne i pyszności! Z okazji urodzin dostałam więc od nich nie tylko tatauż z henny, ale i typowo marokańską przypinkę ze srebra. Rozmowy toczyły się na migi albo z pomocą Aminy, która ma świetny angielski. I tak też swoje 27 urodziny spędziłam w towarzystwie kobiet z czterech generacji. Doświadczyłam wielkiej gościnności i prawdziwej kobiecej soliradności. Nie mogłabym sobie nawet zamarzyć o lepszym prezencie, bo najważniejsze w podróży są dla mnie właśnie takie, autentyczne spotkania z mieszkańcami tego kraju.

Pobyt w Safi był jak dotąd moim najlepszym doświadczeniem podczas podróży.

IMG_1227

[Wtorek 24 marca]

24 marca spędziłam na krótkiej trasie z Safi do Essaouiry. Te miasta bardzo się od siebie różnią. Safi to portowe miasteczko, bardzo żadko odwiedzane przez turystów, biedne, zaniedbane, a niektóre ulice wyglądają jak po trzęsieniu ziemi. Przy czym Essaouira to już inny świat. Masa turystów, zadbane ulice i bary na wypasie. Główne ulice zawalone są straganami, a wszyscy próbują sprzedać swoje towary.

IMG_1256Kiedy przyjechałam do centrum poprosiłam przypadkowe dziewczyny o zrobienie mi zdjęcia z moto. Chwilę później piłyśmy już kawę na tarasie i rozmawiałyśmy o naszych życiach. Ponieważ one wracały do Marakeshu, a ja miałam jeszcze chwilę, poszłam na mały spacer po mieście. Czułam się nieswojo więc podążałam za innymi turystami, bo jednak w tym motocyklowym stroju bardzo ściągam na siebie uwagę. Tym sposbem poszwędałam się trochę po małych uliczkach, kupiłam upominki dla ekipy z PolakPotrafi i uciekłam z miasta. 15 km na południe od miasta, właściwie kiedy już się ściemniało, znalazłam piękny, ogrodzony wysokim murem camping. Siedzę tu teraz w restauracji chroniąc się przed zimnem i spisując moje tygodniowe podsumowanie. Jestem szczęśliwa i wdzięczna za każdy bezpieczny kilometr! Jako kobieta nie miałam żadnych problemów i czuję się raczej bezpiecznie, choć mam się ciągle na baczności, bo zdarzają się zaczepki. Choć  wynika to zapewne jedynie z ciekawości.

Najbardziej problematyczne są dla mnie postoje na siku, trzeba ściągać „zbroję”, odpinać tank-bag, prosić kogoś żeby miał oko na moto itd… Serio, zazdroszczę facetom ich „sprzętu”, bo to ułatwia życie w podróży!!! 😉 Niestety do tej pory nie miałam najmniejszych szans na surfing, ale być może w tym tygodniu uda mi się zanurzyć w oceanie.

Dzisiaj ruszam do Agadir, gdzie czeka na mnie kolejna dziewczyna z Couch Surfingu, a także mój znajomy z klubu motocyklowego-Simon. Dziękuję, że ze mną jesteście, to dla mnie ogromna przyjemność móc dzielić z Wami moje życie w podróży.

IMG_1240

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: